Antyunijna propaganda koronawirusowa

Gdzie jest Unia Europejska?! Gdzie jest Bruksela w sprawie koronawirusa?! – chóralnie zagrzmiało środowisko związane ze Zjednoczoną Prawicą. I nie jest to wcale wynik niepokoju, a typowej dla eurosceptycznych polityków tendencji do marginalizowania znaczenia Unii Europejskiej i podkreślania dla kontrastu wielkiej roli, jaką w walce z koronawirusem odgrywają państwa narodowe. Temu ostatniemu nikt zresztą nie przeczy. To państwa narodowe mają najwięcej narzędzi, które mogą wykorzystać do walki z pandemią. Unia Europejska nie pozostaje jednak bierna, jak wmawiają nam publiczne media, gdy na pasku w „Wiadomościach” piszą, że „Bruksela jest bezradna wobec epidemii”.

Głoszenie tezy o słabości Brukseli w walce z Covid-19 wyjątkowo cynicznie brzmi w ustach tych, którzy przed chwilą krytykowali Unię Europejską za wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. Nie mam wątpliwości, że bezrefleksyjnie wierząc w bierność UE, doskonale wiedzą, że Bruksela nie podejmie za Warszawę decyzji o zamknięciu szkół, zamknięciu granic czy zakupie odpowiedniej ilości maseczek i respiratorów, bo są to narzędzia, które użyć może wyłącznie państwo członkowskie. Unia porusza się w granicach, jakie wyznaczyły jej właśnie państwa narodowe. To one zapisały w traktatach, że Bruksela ma się nie mieszać do kwestii dotyczących zdrowia publicznego; może zachęcać do współdziałania, koordynować je, czy opłacać badania nad szczepionką (co zresztą robi), ale nie może nic narzucać. Eurosceptycy mogą zarzucać Unii, że robi za mało, ale powinni przy tym mieć świadomość, że sami o to zadbali, ograniczając w traktatach unijne kompetencje. Stosunek  eurosceptycznego środowiska odnośnie tego, co Unii wolno, a co nie, bardzo krótko i dosadnie ujął Andrzej Duda, były poseł do Parlamentu Europejskiego, który już jako prezydent Polski krzyczał, że „nie będą nam tu w obcych językach narzucali…”

W kwestii walki z koronawirusem Unia niczego nie narzuca, ale proponuje całkiem sporo. Choćby mechanizm wspólnych zakupów, w ramach którego Bruksela organizuje przetargi na sprzęt ochronny do walki z Covid-19. Zorganizowała na przykład przetarg na zakup maseczek – Polska nie wzięła w nim udziału. Władzy bardziej opłaca się lansowanie narracji, gdzie Polska jest oblężoną twierdzą, która na nic i na nikogo nie może liczyć. Jednak akurat Brukselę trudno jest obwiniać o brak europejskiej solidarności. To państwa członkowskie niestety odmawiają sobie wzajemnej pomocy. Dziś wszyscy w Europie brutalnie walczą o zamówienia respiratorów czy maseczek ochronnych i nikt się na nikogo nie ogląda. Niechęć do współpracy i narodowe egoizmy zostały jednak obnażone jeszcze zanim do bram Europy zapukał koronawirus. W czasie kryzysu uchodźczego to utyskujący dziś na brak europejskiej solidarności polski rząd odwrócił się plecami do państw, które potrzebowały pomocy i liczyły na europejską solidarność. Nie doczekały się. Gdy na brak europejskiej solidarności utyskuje rząd, który sam solidarnością nie potrafi się wykazać, to jest to po prostu hipokryzja.

PiS rządzi już drugą kadencję, więc chyba wszyscy zdążyli się zorientować, że jak z rządowych konferencji znikają unijne flagi, to znak, że coś się dzieje; że władza znowu strzela Unii focha. Na jednej z takich „narodowych” konferencji Mateusz Morawiecki nie krył rozczarowania Unią. Od informacji, że Polska do walki z wirusem wykorzysta unijne fundusze, dla premiera ważniejsze było, że nie są to żadne nowe fundusze. Może i nie są, ale premier pominął przy okazji ważny fakt - gdyby nie koronawirus i bezprecedensowa decyzja Komisji Europejskiej o skierowaniu do walki z epidemią niewydanych przez nasz rząd pieniędzy, musielibyśmy zwrócić te „stare” fundusze do unijnego budżetu. Mowa o rekordowych dla Polski środkach na lata 2014-2020 wynegocjowanych przez PO-PSL. Pisałem już o tym, że Polska pozostaje na szarym końcu UE, jeżeli chodzi o poziom wykorzystania funduszy unijnych. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że otrzymamy olbrzymie środki na walkę z wirusem dzięki wcześniejszej nieudolności rządzących, którzy przez 5 lat nie potrafili wydać tych pieniędzy zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, czyli na inwestycje zmniejszające dysproporcje rozwojowe Polski względem Zachodu. Pieniądze na drzewach nie rosną, więc chyba premier powinien jasno zaznaczyć, że zapowiadana przez jego środowisko antykryzysowa tarcza dla gospodarki także nie będzie finansowana z nowych środków. Te póki co w dużej mierze pozostają wirtualne i trwa ich poszukiwanie w i tak napiętym krajowym budżecie. Rząd szacuje, że realnie uda się znaleźć ok. 30 mld zł na wsparcie gospodarki. Tymczasem już teraz z Unii Polska ma do dyspozycji 7,5 mld euro, czyli ok. 35 mld zł. Te środki można natychmiast wydać na wsparcie służby zdrowia, czy pomoc dla małych i średnich firm, zwłaszcza że tym ostatnim rząd PiS odmówił pomocy.

Za te „stare” pieniądze z Unii Europejskiej polskie samorządy zakupują właśnie laptopy, tablety i internet dla dzieci i nauczycieli, którzy z powodu ich braku są wykluczeni z obowiązkowej e-edukacji. Zaraz pewnie odezwą się malkontenci, dla których 100% finansowania z UE, a tak jest w tym przypadku, to i tak za mało. Szkoda, że w tych błędnych racjach utwierdzają ich sam premier i sam prezydent, wykorzystując do tego straszną epidemię. Nie oni jedni zresztą zorientowali się, że strach przed koronawirusem można używać do dyskredytowania Unii Europejskiej. Komisja Europejska przedstawiła niedawno dowody na intensywną antyunijną rosyjską kampanię dezinformacyjną, której celem jest sianie lęku i niepokoju w społeczeństwach Europy. Kreml za pomocą zawodowych internetowych trolli i mediów, które nadają w europejskich językach, próbuje wywołać panikę, lęk i podsyca niechęć do unijnych instytucji. Widać, nie tylko polskiemu rządowi zależy na tym, by przedstawiać Unię Europejską w złym świetle.

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego