Pręgierz (listopad 2018)

 Jakiś czas temu, gdy szedłem jedną z wyszkowskich ulic, zatrzymała mnie pani jadąca rowerem. Po wstępnych uprzejmościach rozmowa szybko zmieniła ton, a rozmówczyni rozpoczęła głośną tyradę, do której podobno skłoniły ją moje felietony. Oprócz kalumni, które nie nadają się do powtórzenia, usłyszałem kilka pytań, na które zwyczajowo nie oczekuje się odpowiedzi, a które zaczynają się zawsze tak samo: „jak pan śmie?!" „Jak pan się nie wstydzi?!" (pisać takie rzeczy na nasz rząd, który tyle a tyle dobrego robi dla naszego narodu).

Jakie rzeczy niesłusznie krzywdzące partię rządzącą miała na myśli oskarżająca - nie wiem. Dyskusje tego typu chyba rzadko wchodzą na poziom merytorycznych argumentów i konkretnych przykładów. W całej przemowie najbardziej uderzyło mnie co innego niż upust negatywnych emocji, który staje się naglącą potrzebą coraz liczniejszej rzeszy Polaków. Kończąc wywód, wspomniana pani zapewniła mnie, że jak już wrócę „z tej Brukseli" to „na środku Wyszkowa" (gdzie ten środek?) postawią pręgierz i zostanę tam wychłostany.

W groteskowej groźbie wystosowanej pod moim adresem niczym w soczewce zawiera się obraz społeczeństwa zatrutego propagandą. Za to, że politycy opozycji oraz dziennikarze mediów, które (jeszcze) pozostają wolne, wykonują swoją pracę, czyli patrzą zjednoczonej prawicy na coraz brudniejsze ręce i mają odwagę to nagłaśniać, są nieustannie obrażani i dyskredytowani przez przedstawicieli władzy i podległe im media dawniej znane jako publiczne. Może władza nie zauważa, że tym samym daje niechlubny przykład swoim wyborcom, którzy czują się zachęceni do naśladowania prezydenta, premiera, posłów, ministrów zjednoczonej prawicy. Może nie zauważa, a może czyni to z premedytacją. W końcu, wskazując suwerenowi „wroga", hoduje sobie wierną i zdeterminowaną armię coraz bardziej zaślepionych zwolenników, którzy w obronie prawdy, na którą monopol ma przecież PiS, gotowi zrobić są wiele.

Skoro jednak wreszcie kraj opływa mlekiem i miodem, jest silny i bezpieczny jak nigdy, cieszy się profesjonalną dyplomacją, która zapewnia nam przychylność międzynarodową i stabilne sojusze, gospodarka nigdy nie była w tak świetnej formie, a takie spaczenia jak korupcja i nepotyzm ostatecznie wyrugowano z życia publicznego, czemu suweren zamiast ulgi, satysfakcji i niczym niezmąconej radości czuje złość? Skoro mamy w Polsce wreszcie upragnione eldorado, skąd taka brutalizacja życia publicznego? Czemu władza wkłada tyle wysiłku w poszukiwanie „totalnych" wrogów i w knucie teorii spiskowych? Czy dlatego, że duża część elektoratu partii rządzącej spragniona jest igrzysk i niczym lud rzymski domaga się od cezara rozrywek?

Tych igrzysk PiS jako „łaskawy pan" (jest to określenie użyte przez Jarosława Kaczyńskiego) dostarcza zresztą całkiem sporo - mamy barwne komisje, które ciągną się niczym telenowela i z których nie wynika nic oprócz promowania polityków, takich jak Patryk Jaki, i upokarzania (skoro nie sposób udowodnić im winy) przeciwników politycznych.

Zapowiedzią hucznych igrzysk PiS rozpoczął zresztą swoje panowanie - czy ktoś jeszcze pamięta te wszystkie audyty i kontrole we wszystkich ministerstwach, sejmikach, urzędach? PiS zacierało ręce, zapowiadało emocjonujący spektakl pod roboczym tytułem „Tsunami niegospodarności", bo w końcu, jak nieustająco grzmiał z mównicy sejmowej klasyk (Beata Szydło) - „przez osiem ostatnich lat" była ponoć po prostu katastrofa. I co? Minęły trzy lata wytężonego sprawdzania. Cisza. W kontekście rozpalonej przez władze wyobraźni elektoratu, efekty kontroli okazały się być tak mizerne, że pisowscy demagodzy wolą o nich nie mówić, ale jak nieśmiało ktoś zapyta, co wykazały, pewnie żwawo i bez zawahania odpowiedzą, że „tamci" na pewno kradli, ale nie ma dowodów. To, że kradzieży po prostu nie było, jest bowiem obce mentalności rządzącej prawicy.

Formacji, która chce uchodzić za najbardziej patriotyczną i uczciwą coraz trudniej jest zachować wizerunek budowany na przypisywaniu przeciwnikom wszystkiego, co najgorsze. Okazuje się, że to, jak PiS chce być postrzegany, nijak się ma do rzeczywistości. Nowe odcinki niekończącego się serialu dokumentalnego „Od Misiewicza do Chrzanowskiego" przynoszą wiele wiadomości na temat nepotyzmu i korupcji na szczytach władzy, a w serialu tym od początku występuje wielu prominentnych polityków PiS. I choć temat niezwykle ważny, telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego niechętnie dzieli się nim ze swoimi widzami, stosując różne „szumidła", by wiedza o tym, jak partyjna nomenklatura zawłaszcza państwową gospodarkę i zaczyna siłowo przejmować prywatne biznesy, nie dotarła do suwerena.

Wracając jednak do pręgierza jako sposobu wymierzania kar: zważywszy kto stoi na czele wymiaru sprawiedliwości, z jakich metod słynie, i o ile lat już cofnął polskie sądownictwo, może warto mu podsunąć ten średniowieczny zwyczaj publicznego piętnowania skazańców? Zbigniew Ziobro, który, jak nieraz udowodnił, wiele gotów jest zrobić, by zniszczyć ludzi, z któremu mu nie po drodze, lubi efektownie „wymierzać sprawiedliwość" nie tylko skazanym. Może więc będzie zainteresowany?

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego