Homofobiczne paliwo wyborcze

 Od 36 lat jestem szczęśliwym mężem. Z Olą, moją żoną, jesteśmy rodzicami pięciorga dzieci. Póki co doczekaliśmy się ośmiorga wspaniałych wnucząt. Nasze dzieci staraliśmy się wychowywać w duchu tradycyjnych katolickich wartości i szacunku do drugiego człowieka. Chcieliśmy i chcemy być dla nich dobrym przykładem postępowania i wzorem do naśladowania. Rodzinne gospodarstwo od zawsze pozostaje centrum naszego życia. Na ile możemy, pomagamy w pracach na nim naszemu synowi, który dziś jest tu głównym gospodarzem. Ola od wielu lat uczy w małej, wiejskiej szkole, od ponad 20 lat prowadzi Ludowy Zespół „Przepióreczka", znajduje też czas, by śpiewać w parafialnym chórze. Syna, synową i wnuka także regularnie można usłyszeć podczas mszy świętych - służą jako lektorzy.

Życie mojej rodziny i moja wiara to dla mnie strefa sacrum i na pewno nie pisałbym o tym, gdyby nie zmyślone, ale z uporem powtarzane zarzuty o zdradę tradycyjnych ideałów, które słychać ze strony politycznych oponentów. Wykorzystując deklarację prezydenta Warszawy na temat LGBT, PiS po raz kolejny w cyniczny sposób zaatakował nas, ludowców, opowiadając niestworzone historie na temat rzekomej „tęczowej koalicji", „homoterroryzmu" i przewracaniu się Witosa w grobie.

Dla jasności: PSL zawsze było partią, której bliskie są wartości tradycyjne, konserwatywne. I to się nie zmienia. Ludowcom, co prawda, daleko do publicznego obnaszania się z religią, którym zarażony jest cały aktualny rząd regularnie klęczący przed księdzem Tadeuszem Rydzykiem (niektórzy z różańcem w ręku - vide poseł Piotrowicz). Fałszywa pobożność jest pojęciem nam obcym. Potępiamy pedofili, niezależnie, czy są księżmi czy nie i nie stawiamy im pomników. Nie afiszujemy się ze swoją wiarą, bo uważamy, że kwestie światopoglądowe są indywidualną sprawą każdego człowieka. W naszym klubie parlamentarnym nigdy nie było tzw. dyscypliny, czyli obowiązku głosowania w narzucony sposób, w sprawie głosowań dotyczących np. aborcji czy in vitro - każdy z naszych reprezentantów zawsze głosuje zgodnie z własnym sumieniem. Wyniki tych głosowań pokazują, że ludowcy to obrońcy tradycyjnych wartości.

Moje poglądy na temat małżeństw homoseksualnych znane są nie od dziś: uważam, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, tak, jak zresztą zapisane jest to w Konstytucji. Uważam jednak, że nikt nie powinien być stygmatyzowany ze względu na swoją orientację seksualną. A to niestety robią rządzący. Nagonka na mniejszościowe środowisko LGBT stała się dla PiS nowym politycznym paliwem. W poprzedniej kampanii wyborczej straszyli hordami muzułmańskich uchodźców i zalewem islamu (Unii udało się kryzys uchodźczy powstrzymać mimo obstrukcyjnej postawy polskiego rządu). Dziś PiS bierze na sztandary homofobię i straszy gejami i lesbijkami, przed którymi - jak przekonuje - trzeba chronić polskie rodziny. Abstrahując od tego, że nie bardzo wiadomo, na czym niby miałoby polegać zagrożenie z ich strony, nie wydaje się, by którakolwiek polska rodzina potrzebowała parasola ochronnego rozłożonego nad nią przez kawalera z Żoliborza.

Czy realnym zagrożeniem dla rodziny nie było to, że dzięki PiS byliśmy o krok od przyjęcia prawa, które sankcjonowałyby przemoc domową, a które jego przeciwnicy ironicznie nazwali „lex przylej-przytul"? Czy nie jest większym zagrożeniem dla rodziny sytuacja służby zdrowia, która sprawia, że z cudem graniczy dostanie się do lekarza pierwszej pomocy, nie wspominając o problemach w uzyskaniu leków onkologicznych? Czy większym zagrożeniem dla rozwoju naszych dzieci nie są przepełnione szkoły i bałagan zafundowany przez minister edukacji, Annę Zalewską? Czy skandalem nie jest wykluczanie dzieci niepełnosprawnych z normalnego toku edukacji? Rzeczywiste zagrożenia można długo wymieniać - jednak o nich partia rządząca milczy.

Trzeba chyba przywyknąć do tego, że jej ulubioną metodą sprawowania władzy jest rządzenie przez straszenie. Politycy PiS koniecznie muszą Polaków przed czymś bronić. A jak prawdziwy wróg nie istnieje, trzeba go wymyślić. I tak wymyślono problem mniejszości seksualnych. Wróg wygodny, bo przecież właściwie go nie widać. Przy okazji można też poużywać i dołożyć opozycji. Skąd znamy te metody PiSu? Czy nie są to klasyczne środki używane przez Putina, który od dawna pozycjonuje rosyjską opozycję, przypinając jej łatkę lewaków i homoseksualistów?

Jarosławowi Kaczyńskiemu dużo łatwiej straszyć LGBT niż tłumaczyć elektoratowi zawiłości polityki europejskiej - nie ma tu zresztą zbyt wiele do powiedzenia. Nie do obrony są zarzuty o mimowolny polexit, do którego pomału zmierza Polska pod rządami PiS. Z własnej woli i ze swoimi antyeuropejskimi urojeniami Prawo i Sprawiedliwość stoi w kącie Unii osamotnione i poza głównym kręgiem decyzyjnym. Symbolem naszej pozycji w UE i upadku dyplomacji pozostaje sławetne 27:1, gdy tylko Polska tupała nogą w sprzeciwie na wybór Donalda Tuska przewodniczącym Rady Europejskiej.

Parlament Europejski nie ma jurysdykcji w kwestiach światopoglądowych. Pozostają one wewnętrzną sprawą państw członkowskich. Używanie ich w kampanii do Parlamentu Europejskiego to bardzo tani chwyt wyborczy i bardzo nietrafiony. Prawo i Sprawiedliwość usilnie próbuje wmawiać wszystkim dookoła, że PSL sprzeniewierzyło się swoim zasadom, przystępując do Koalicji Europejskiej. Martwiąc się o nas, zapominają, że od kilkunastu lat ich - PiSu- głównym koalicjantem w Parlamencie Europejskim pozostaje brytyjska Partia Konserwatywna, ta sama, która, zanim przekonała Brytyjczyków do opuszczenia Unii, wprowadziła w Wielkiej Brytanii małżeństwa jednopłciowe.

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego