Felieton powyborczy

 3 lipca oficjalnie rozpoczęła się nowa kadencja Parlamentu Europejskiego. Cieszę się, że mogę reprezentować Polaków, Mazowszan i rolników w tej najbardziej demokratycznej instytucji w Unii Europejskiej. Serdecznie dziękuję wszystkim wyborcom, którzy oddali na mnie swój głos w minionych wyborach. Państwa zaufanie jest dla mnie zaszczytem, ale też zobowiązaniem. Mam nadzieję, że nie zawiodę.

Kampania zakończyła się dla nas, ludowców, sukcesem, choć była bardzo trudna i niestety w niewielkiej mierze dotyczyła meritum, czyli kwestii europejskich. Towarzyszyło jej za to wiele negatywnych emocji na niespotykaną dotąd skalę. Oskarżano nas, ludowców, o niestworzone rzeczy, przypisywano poglądy, które nie tylko nie miały nic wspólnego z wyznawanymi przez nas zasadami, ale też nijak miały się do wyborów europejskich - pisałem o tym zresztą na łamach „PGP". Mimo kampanii oszczerstw, która nabrała przyspieszenia zwłaszcza po ogłoszeniu przez nas startu w ramach Koalicji Europejskiej, udało się. Zagłosowało na nas ponad 600 000 Polaków, mimo tego, że każdego dnia prorządowe media zalewały ich kłamstwami na nasz temat i dyskredytowały naszą formację na każdym kroku. Tym bardziej dziękuję wszystkim, którzy mieli odwagę opowiedzieć się za nami i naszym europejskim programem, mimo że często spotykał ich za to nieuzasadniony hejt i agresja. Dziękuję wszystkim, którzy pomagali mi w kampanii, poświęcali swój cenny czas i przychodzili na spotkania. Dziękuję za zaangażowanie, za wszystkie rozmowy i rady.

Podczas minionej pierwszej w nowej kadencji sesji parlamentarnej w Strasburgu ustalono składy dwudziestu komisji roboczych, w których pracować będą posłowie. Podobnie jak w latach ubiegłych, moja praca parlamentarna będzie koncentrowała się przede wszystkim na projektach legislacyjnych i problemach rozpatrywanych w komisji rolnictwa i rozwoju wsi, czyli AGRI. W rzeczonej komisji pracować zamierza 48 parlamentarzystów. Z Polski będę to ja oraz Krzysztof Jurgiel. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jest to jedna z najważniejszych komisji w Parlamencie (oprócz komisji budżetowej). Unijny budżet na rolnictwo to w końcu prawie połowa środków, jakie wydatkuje się w Unii Europejskiej. Niewątpliwie najważniejszym zagadnieniem, z którym przyjdzie nam się zmierzyć, jest projektowana reforma Wspólnej Polityki Rolnej. Prace z nią związane rozpoczęły się w poprzedniej kadencji i w zasadzie są na ukończeniu; wiadomo już, że drastycznych zmian nie będzie. Pojawi się natomiast kilka nowych rozwiązań, jak obowiązek wprowadzenia przez państwa członkowskie definicji „aktywnego rolnika", co powinno uregulować kwestie związane z dopłatami i pozwoliłoby osobom, które rzeczywiście zajmują się produkcją rolną, w większym stopniu korzystać z unijnych środków. Ukróciłoby to też wiele patologii, które utrudniają rolnikom korzystać w pełni z unijnego wsparcia.

Jako posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego w Parlamencie Europejskim, podobnie jak w latach poprzednich, będziemy częścią europejskiej chadecji. PSL jest partią współtworzącą centro-prawicową Europejską Partię Ludową (EPL) i to w tej najstarszej parlamentarnej grupie będziemy zasiadać. Choć uszczuplona względem poprzedniej kadencji, EPL pozostaje największą grupą polityczną w Parlamencie Europejskim. Obecnie w naszej grupie jest 182 posłów (24% mandatów), drugą pod względem wielkości pozostaje grupa socjalistów i demokratów z 154 mandatami. Względem poprzednich wyborów zwiększyła się liczba eurosceptyków i przeciwników Unii Europejskiej zasiadających w Parlamencie. Mieli już nawet okazję zademonstrować swoje poglądy podczas inauguracyjnej sesji nowo wybranego Parlamentu. Podczas odgrywania „Ody do radości" ostentacyjnie siedzieli lub odwrócili się tyłem do prezydium. Z tego grona wątpliwą sławą zasłynęli także nasi rodacy, m.in. niedawna minister edukacji oraz minister spraw zagranicznych, choć w wielu kręgach takie zachowanie cieszy się niestety uznaniem.

W duże mierze są to prawdopodobnie te same kręgi, które nie ustają w zachwytach nad rzekomo zwycięską szarżą polskiej dyplomacji, której udało się zablokować wybór Fransa Timmermansa na szefa Komisji Europejskiej. W końcu w ostatnich miesiącach ten unijny komisarz ds. rządów prawa urósł w kraj nad Wisłą na wroga numer 1, a PiS-owska obsesja na jego punkcie rozgrzewa populistycznych trolli do czerwoności. Ku ich uciesze Timmermans szefem KE nie będzie, choć w ogólnym zachwycie umknęło im, że i tak, jako wiceprzewodniczący KE, którym prawdopodobnie zostanie, wciąż będzie odpowiadał za kwestie praworządności w państwach członkowskich. Powtórzę za Pawłem Kowalem, że Polska pokazała, że najpiękniej umiemy krzyknąć „weto". Trudno bowiem znaleźć więcej plusów w negocjacjach strony polskiej, a dotyczących obsady najważniejszych stanowisk w Unii. Entuzjazmowi prawicy z utrącenia Timmermansa towarzyszyła radość z nominacji Ursuli von der Leyen, co świadczy tylko o tym, że premier Morawiecki najwyraźniej nie wie, na kogo głosował. Kandydatka na szefa Komisji Europejskiej, bliska współpracowniczka Angeli Merkel, publicznie popierała bowiem protesty w obronie polskiego sądownictwa, jest także za wprowadzeniem mechanizmu pomagającego utrzymywać praworządność w państwach UE. To wierząca konserwatystka i matka siedmiorga dzieci (co podkreśla prawica), ale nie ukrywa, że popiera małżeństwa homoseksualne i adopcję przez nie dzieci (o tym prawica milczy).

Inne nominacje także mogą okazać się niefortunne dla polskiego rządu Oto Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej zastąpi polityk, który publicznie nawoływał do wykluczenia Polski ze strefy Schengen za brak solidarności w kryzysie uchodźczym. Belg Charles Michel, bo nim mowa, jest też zwolennikiem powiązania dostępu do unijnych funduszy z praworządnością. Negocjacje budżetowe pozostaną w jego gestii, co niczego dobrego nie wróży. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej niestety nie wywalczyły żadnego ważnego stanowiska dla swoich kandydatów.

Ostatnio przypomniałem sobie słowa byłego ministra Patryka Jakiego, który tłumaczył, dlaczego tak potrzebni w Polsce ministrowie, zamierzają porzucić teki dla pracy w Brukseli: „Ktoś z kierownictwa ministerstwa musi iść do europarlamentu, żeby tam pilnować naszych spraw, walczyć z tymi wszystkim <Timmermansami>"- mówił. Zdaje się, że „timmermansy" to wszyscy ci, którym zależy na Unii przestrzegającej fundamentalnych zasad w niej obowiązujących. Patryk Jaki musi więc zakasać rękawy, bo po wyborach tych „timmermansów" jakby więcej. I mogą być bardziej zdeterminowani niż jeden Frans Timmermans.

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego