Między-morze czy między-noże?

 Nie trzeba być ekspertem od spraw międzynarodowych, by dostrzec, że relacje polsko-francuskie uległy znaczącemu ochłodzeniu. Prezydent Francji wyraźnie jest w Polsce na cenzurowanym, a i Emmanuelowi Macronowi nie po drodze z polskim rządem. Jeśli wziąć pod uwagę, jak wspólną Europę postrzega prezydent Francji, trudno się dziwić. Nie chodzi wcale o uchodźców, czy o problem pracowników delegowanych. Macron, przedstawiciel Europy karolińskiej, wyrasta na głównego orędownika idei konsolidacji państw tworzących Unię Europejską wokół wspólnej strefy euro. A to pomysł, któremu bardzo nie po drodze jest PiS. Zachowawczy polski rząd uparcie twierdzi, że nie godzi się na Unię dwóch prędkości. Sugeruje tym samym, że Polska miałaby znaleźć się w „gorszej" grupie. Jest to o tyle kuriozalne, że przecież tylko od nas zależy, czy wejdziemy do głównego europejskiego nurtu. Wybór jest prosty: albo wsiadamy do pociągu „Zjednoczona Europa" i razem z Francją, Niemcami, Słowacją, Litwą, Łotwą, Estonią, Słowenią, Czechami, Rumunią i Bułgarią zmierzamy w kierunku rozwoju, albo zostajemy na peronie.

To, że PiS nie chce znaleźć się w jednym wagonie z Niemcami i Francją wiadomo nie od dziś. Najpierw minister Witold Waszczykowski ogłosił, że dyplomatyczne sympatie Polska lokuje w Wielkiej Brytanii - Brexit pokazał, jak wielki był to błąd. W międzyczasie polskie władze chętnie utyskiwały na naszych partnerów zagranicznych bądź ich obrażały.

Po dyplomatycznej klęsce sojuszu polsko-brytyjskiego, rząd zaczął promować ideę „Międzymorza". Sojusz państw Europy Środkowo-Wschodniej pod egidą Polski miał być przeciwwagą dla konsolidacji Europy Zachodniej. Sam Donald Trump przyjechał do Warszawy głównie po to, by pomóc nam budować Międzymorze. Jakie są tymczasem długofalowe skutki wizyty amerykańskiego prezydenta w Polsce (oprócz połechtanej dumy polityków PiS)? Emmanuel Macron w dwa dni pokazał, że idea Międzymorza to fikcja, a w polityce liczą się nie emocje i sentymenty, z umiłowania których słynie polski rząd, a twarde argumenty, które kładzie się na stole negocjacyjnym. Macron w 48 h przekonał Rumunię, Bułgarię, Austrię, Czechy i Słowację do swojej wizji zjednoczonej Europy. W ten sposób Polska, która podobno uczyła Francję jeść widelcem, znalazła się na widelcu Emmanuela Macrona.

Niedawno także premier Słowenii zadeklarował, że chce, by Słowenia znalazła się w twardym jądrze unijnej polityki. Na domiar złego dodał, że poprze ewentualne sankcje przeciwko Polsce za łamanie zasad praworządności. Aktywnym w mediach społecznościowych zwolennikom PiS bardzo się to nie spodobało, dlatego przez kilka dni kierowali swoje frustracje w stronę Słowenii. Tylko czekać aż PiS i okolice zaczną wylewać pomyje na naszych południowych sąsiadów. Bo niestety „na zintegrowany człon UE" stawiają też Słowacja i Czechy. Tym samym także Wyszehradzka czwórka zmienia się w polsko-węgierską dwójkę. Otwartym pozostaje pytanie, jak potoczą się losy dwóch „bratanków", jeśli jeden z nich, Viktor Orban, dalej będzie pogłębiał zażyłość z Vladimirem Putinem. Z rosyjskim pobratymcem węgierski premier świetnie się dogaduje i rozmawia na pewno nie tylko o judo (ostatnio V. Putin gościł w Budapeszcie na mistrzostwach świata w judo). Z polskim rządem Putin rozmawiać nie musi, w końcu i tak jesteśmy „jego człowiekiem" w Europie - nikt lepiej od Jarosława Kaczyńskiego nie realizuje interesów rosyjskich na kontynencie - rozbijając europejską jedność PiS działa bowiem w najlepszym interesie Moskwy.

Tym samym, zamiast budować mityczne „międzymorze", Polska trafiła między noże europejskiej polityki.

Obrażanie i krytykowanie tych, którzy prowadzą odmienną politykę od naszej i skuteczniej walczą o swoje interesy, już nie wystarcza. Prawdopodobnie właśnie dlatego osoby odpowiedzialne za wizerunek PiS udały się ostatnio do piwnic KPRM i wyciągnęły stamtąd zapomniane flagi Unii Europejskiej tylko po to, by na ich tle mogła przemówić Beata Szydło. Po krytycznych wobec jej rządu słowach, które padły z ust prezydenta Francji, pani premier wygłosiła orędzie, w którym przekonywała, że Polska jest krajem proeuropejskim, a wartości leżące u podstaw Unii Europejskiej są dla niej ważne. Ot, hipokryzja, do jakiej pomału się niestety przyzwyczajamy. Co jednak ciekawe, w swoich zapewnieniach Beata Szydło pominęła jedne z najważniejszych wartości w UE: demokrację i praworządność. Przypadek?

Z ogromnym niepokojem obserwuję rosnącą izolację Polski na arenie międzynarodowej. Awanturnicze działania rządu PiS są po prostu niebezpieczne dla naszego kraju. Widać zresztą, że rząd ma coraz większy problem z wyjaśnianiem opinii publicznej przyczyn swoich dyplomatycznych potknięć i porażek. PiS, próbując wmówić wszystkim dookoła, jakim to Polska jest samotnym mesjaszem - nierozumianym, fałszywie oskarżanym i atakowanym, usprawiedliwia jedynie nieudolną politykę tej partii; politykę, której ofiarą staje się Polska.

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego