Bezpieczeństwo żywnościowe - felieton

1 kwietnia 2022

Bezpieczeństwo żywnościowe to hasło, którym w ostatnich latach mało kto zaprzątał sobie głowę w sytej i  żyjącej w dostatku Europie. W Polsce także temat produkcji żywności i zainteresowanie wpływającą na nią w znacznym stopniu unijną Wspólną Polityką Rolną pozostawały zagadnieniem raczej niszowym. Wojna w Ukrainie dosadnie przypomniała nam jednak, że żywność i rynek rolno-spożywczy to jedna z najważniejszych gałęzi gospodarki. Putin nie tylko fizycznie niszczy Ukrainę i bestialsko morduje cywilów. Destabilizuje także światowy rynek żywności. Eksperci alarmują, że światu grozi kryzys, który odczują zarówno rolnicy, jak i konsumenci. Konsekwencją wojny za naszą wschodnią granicą może być głód w krajach Afryki i drożyzna w Europie.

Wojna w Ukrainie to bowiem wojna w spichlerzu świata. Rosja i Ukraina razem odpowiadają za niemal 30% światowych dostaw pszenicy i 20% dostaw kukurydzy; Ukraina jest głównym dostawcą paszy dla zwierząt na świecie. 70% eksportu oleju słonecznikowego także pochodziło z basenu Morza Czarnego. Obecnie toczą się tam działania wojenne, a statki z portów nie wypływają. W wyniku konfliktu światowa podaż zbóż i oleju załamała się, co wywindowało ceny. Ukraińskim zbożem żywiły się nie tylko bogate szejkanaty Bliskiego Wschodu, które są w stanie zapłacić każdą cenę za potrzebne zboże i natychmiast zaczęły szukać innych dostawców. Od ukraińskiego zboża uzależnione były przede wszystkim państwa biedne, takie jak Egipt, Tunezja czy Irak. Choć chleb dziś jest tam subsydiowany, jego wysoka cena i tak wywołuje społeczne protesty.

Dziś nie ma także wątpliwości, że bez względu na to, jak długo wojna w Ukrainie będzie trwała, konsekwencje dokonanych zniszczeń będą rezonować na przyszły i kolejne sezony rolnicze. Mówił o tym ukraiński minister rolnictwa, który był naszym gościem w Komisji Rolnictwa w Parlamencie Europejskim. W Ukrainie niszczone są elewatory i sprzęt rolniczy. Rolnicy nie mogą wyjechać w pole, bo albo są ostrzeliwani przez Rosjan, albo ich ziemia jest zaminowana. Nawet jeżeli jakimś cudem uda się obsiać część areału, pytaniem pozostaje wysokość plonu, zważywszy na ogromne braki nawozów i paliwa. Nie można zapominać, że kraj, który do tej pory żywił znaczną część świata, do wyżywienia ma też 44 miliony swoich obywateli.

Około 2 milionów Ukraińców znalazło schronienie w Polsce. Dla nas to ogromna liczba nowych konsumentów, których musimy wyżywić i kolejny argument, który należy brać pod uwagę w rozważaniach nad naszym bezpieczeństwem żywnościowym. Żywieniowo Polska jest samowystarczalna, jedzenia u nas nie powinno zabraknąć dla nikogo. Do tej pory, przez wiele lat udało się nam wypracować ogromną nadwyżkę eksportową towarów rolno-spożywczych, za granicę sprzedawaliśmy 30% produkowanej u nas żywności. Jeśli chodzi o zboża: ogółem rocznie produkujemy ok. 29 mln ton, z czego eksportujemy pomiędzy 5-9 mln ton. Stan naszych państwowych rezerw pozostaje tajemnicą. Tajemnicą nie jest jednak, że galopujące ceny pszenicy na globalnym rynku i słabnący złoty stanowią pokusę sprzedaży ziarna, które powinno zostać w Polsce.

W przypadku naszego kraju aktualnym problemem nie wydaje się być niewystarczająca podaż żywności, ale jej koszt. Miejmy na uwadze, że dzisiejsze, już horrendalnie wysokie ceny na sklepowych półkach nie są jeszcze odzwierciedleniem spowodowanej wojną w Ukrainie sytuacji na rynkach światowych. Podwyżki, których jako konsumenci doświadczamy od wielu miesięcy, to na razie „powikłania popandemiczne” – skutki zerwanych w pandemii łańcuchów dostaw, ogromnych podwyżek cen energii, w wyniku których nieopanowanie rosły wszystkie inne koszty produkcji. Nie zapominajmy także o terapii szokowej zaserwowanej przedsiębiorcom przez rządzących w postaci Polskiego Ładu, który okazał się być Totalnym Chaosem. Do tego galopująca inflacja spowodowana konsekwentnym pompowaniem pustych pieniędzy w rynek. Teraz do wcześniejszych problemów dochodzą nowe. Ceny pszenicy na całym świecie po prostu oszalały. A cena ziarna wpływa przecież na cenę mąki, cenę chleba i makaronu; wpływa na cenę mięsa i wyrobów mleczarskich, bo ziarno to też niezbędna pasza treściwa dla zwierząt.

Dla polskich rolników także fatalnie zaczyna się kluczowy czas w roku. Wystarczy spojrzeć na cenę nawozów, która bezpośrednio zależna jest od ceny gazu. Saletra – podstawowy nawóz, od którego zależy wielkość zebranego plonu – kosztuje obecnie tyle, że wielu rolników nie nawiezie nią swoich pól, bo po prostu nie stać ich na zakup. Za tonę saletry płaci się obecnie w porywach nawet 6000 zł – rok temu kosztowała 1200 zł. A nawóz to przecież nie wszystko – rolnik także zużywa energię, potrzebuje paliwa, potrzebuje środków produkcji, środków ochrony roślin. Koszty produkcji rolniczej zdecydowanie prześcigają obecnie wzrost cen produktów rolnych. W niebo rolnicy patrzą z równym niepokojem jak w wydrenowane podwyżkami portfele. Jeśli utrzyma się niepokojący brak deszczu, to i z saletry w polu niewielki pożytek, bo brak opadów sprawia, że nawozy nie mają się jak rozpuścić i odpowiednio zadziałać.

W przyszłym roku miały wejść w życie ambitne reformy unijnego rolnictwa związane m.in. z wdrażaniem zapisów Zielonego Ładu. Nie wchodząc w szczegóły, zgłaszaliśmy do nich wiele zastrzeżeń, obawiając się chociażby, że wpłyną na zmniejszenie wydajności europejskiego rolnictwa, obniżą przychody rolników i zwiększą presję związaną z importem produktów rolno-spożywczych spoza Unii. W obecnej sytuacji, gdy nasz sektor rolny najpierw boleśnie dotknięty przez pandemię, teraz mierzy się z trudną sytuacją wynikającą z rosyjskiego ataku na Ukrainę, nie mamy wątpliwości, że wdrażanie nowych przepisów powinno zostać zawieszone. Jako posłowie do Parlamentu Europejskiego zaapelowaliśmy o to do Komisji Europejskiej. To nie jest czas na ambitne reformy. Wszelkie zmiany ograniczające produkcję rolną powinny zostać wstrzymane.

Nie mamy też wątpliwości, że polski rząd powinien jak najszybciej zejść z wojennych ścieżek z Unią Europejską i zrealizować wyroki TSUE, od których zależy odblokowanie  środków z Krajowego Planu Odbudowy. Chodzi o gigantyczne fundusze, które mają pomóc unijnym gospodarkom podnieść się z kryzysu wywołanego pandemią. Na 162 mld zł czekają nie tylko polscy rolnicy, ale też przedsiębiorcy czy samorządy. Odblokowanie tych środków to polska racja stanu, ale dla PiSu ważniejsze są fanaberie ministra Ziobry, który zapewnia rządowi lichą większość, a w zamian bezkarnie demoluje polski porządek prawny. Nie po raz pierwszy okazuje się, że polityczny interes jednego człowieka jest ważniejszy niż interes Polaków.

Kilka dni temu rząd przedstawił swój pomysł na zapewnienie Polakom bezpieczeństwa żywnościowego. Ma nim być utworzenie Krajowej Grupy Spożywczej, której zadaniem będzie m.in. zapewnienie rolnikom godnego wynagrodzenia i walka ze zmowami cenowymi. Kiedyś już żyliśmy w systemie, w którym winę za wysokie ceny ponosili spekulanci, państwo zaś ambitnie zwalczało takich szkodników i ignorując prawa rynkowe, decydowało o poziomie cen.  Wtedy podobne rozwiązania doprowadziły jedynie do patologicznego systemu reglamentacji w postaci sławetnych kartek na podstawowe produkty spożywcze. Warto mieć to na uwadze, gdy sięga się po rozwiązania ze słusznie minionego systemu.

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego