Dożynkowo - felieton

28 września 2021

wrzesień 2021

Prezydent Duda od dwóch lat nie organizuje dożynek prezydenckich w Spale, co było piękną tradycją zapoczątkowaną ponad 100 lat temu przez prezydenta Ignacego Mościckiego. Zakończenie żniw dla tysięcy rolników z całej Polski za sprawą prezydenta stanowiło okazję do spotkania się właśnie w Spale i wspólnego dziękowania za plony. Tegoroczne dożynki prezydenckie odbyły się w Warszawie (!), która jest chyba ostatnim miejscem kojarzącym się rolnikom z zakończeniem żniw. Nie było to święto dla wszystkich, a jedynie dla wybranych. Trudno było nie odnieść wrażenia, że zamykając się w Warszawie, na małym dziedzińcu pałacu prezydenckiego z grupką wybranych kół gospodyń i garstką wyselekcjonowanych rolników, prezydent, minister rolnictwa i delegowany przez PiS unijny komisarz ds. rolnictwa sprytnie chowają się przed prawdziwymi rolnikami.

Nic dziwnego – cierpliwość rolników się kończy i coraz mniej gospodarzy wierzy złotoustej władzy powtarzającej, że w Polsce jest najlepiej na świecie, a całe istniejące zło i problemy rolników to wina poprzedników – PiS rządzi od sześciu lat, ale kłamie dużo dłużej. O tym, że ta władza stoi na kłamstwie ostatnio mogliśmy przekonać się naocznie podczas „gospodarskiej” wizyty władz u rolnika spod Ostródy. W trakcie konferencji prasowej premier nachwalić się nie mógł gospodarza i stojącego na jego podwórzu nowoczesnego parku maszynowego. Okazało się, że wychwalane ciągniki to najnowocześniejszy przykład wsi potiomkinowskiej - chwalony rolnik przyznał, że maszyny nie należą do niego, swoje musiał schować, bo rządowi spece od PR-u wypożyczyli od lokalnych dilerów bardziej nowoczesne ciągniki, lepiej nadające się na tło dla konferencji złotoustego Mateusza Morawieckiego.

Na tle innych skandalicznych poczynań PiSu względem rolników, chwalenie wystawki ciągników i tak wydaje się stosunkowo niewinnym uchybieniem. O tym, że władza kpi z rolników świadczy choćby opowiadanie bredni, zgodnie z którymi rolnicy cieszą się z najwyższej od 20 lat inflacji, bo „rosną ceny pszenicy, kukurydzy czy rzepaku”. Stwierdzający to bankowiec, milioner i polski premier w jednym nie tylko nie ma pojęcia, ile kosztuje bochenek chleba, ale nie zdaje sobie też sprawy, o ile wzrosły ceny pasz, nawozów, środków ochrony roślin, maszyn, paliwa czy energii elektrycznej. Sytuacja na wsi jest fatalna, a nasze gospodarstwa dziesiątkuje ASF. Codziennie lawinowo upadają gospodarstwa produkujące trzodę chlewną. W 2015 roku, gdy PiS przejmował władzę, w Polsce były 3 ogniska ASF, dziś choroba świń jest w całej Polsce. Mija sześć lat rządów PiSu, a obiecanego Narodowego Holdingu Spożywczego jak nie było, tak nie ma. Nie ma obiecanych wyższych dopłat bezpośrednich, choć nigdy nie było lepszej sytuacji wyjściowej dla polskiego rolnika, bo przecież komisarzem rolnym jest Polak delegowany przez PiS.

PiS – powtórzmy raz jeszcze – rządzi od sześciu lat . Wbrew szumnym zapowiedziom nie wynegocjował dla polskich rolników większych środków. Co więcej, nie robi nic, by pomóc im sięgnąć po fundusze, które będą dostępne na różne programy – wielu rolników nie będzie miało możliwości z nich skorzystać, bo znajdują się w tzw. „szarej strefie”, bezumownie uprawiając nie swoje areały. PiS pozostaje głuche na apele o odpowiednie zmiany w prawie i wprowadzenie odpowiadającej rzeczywistości definicji „aktywnego rolnika”, która rozwiązałaby problem. Zamiast tego chwalą się milionami euro dla rolników, choć wiele tych milionów pozostanie jedynie na papierze i do rolników nie trafi. Zarzekają się, że bronią rolników, a w Parlamencie Europejskim głosują za całkowitym zakazem chowu klatkowego, choć w Polsce stanowi on 80% produkcji drobiu. Potem w Radiu Maryja można usłyszeć, że taki zakaz to wyraz neomarksistowskiej ideologii, ale już nikt nie wspomina, że posłowie PiS aktywnie za nim głosowali. Zresztą komisarz rolny wyznaczony przez Nowogrodzką także rzeczony pomysł popiera.

Chyba w nikim rolnicy nie upatrywali takich nadziei jak właśnie w Januszu Wojciechowskim, który jest pierwszym Polakiem w historii na tak znaczącym dla naszych rolników stanowisku. I tu jednak spotyka ich rozczarowanie. Pozycja komisarza jest wyjątkowo niska, pozostaje politycznym outsiderem wyznającym dziwną, anachroniczną filozofię rolnictwa. Konikiem Wojciechowskiego pozostaje kwestia dobrostanu zwierząt, która akurat w UE nie należy do jego kompetencji. Z przykrością stwierdzam, a nie jest to zdanie odosobnione, że romantyczna wizja wsi, której hołduje komisarz, nijak się ma do rzeczywistości. Polskiego rolnictwa nie rozwiną cytowane przez komisarza staropolskie wiersze o wiejskiej sielance czy cytaty świętych skierowane do rolników.

Wróćmy jednak na polskie podwórko. Partia, która zarzeka się, że dzięki niej polska wieś to „bastion wartości, takich jak wiara i patriotyzm” (słowa ministra rolnictwa) wyprzedaje polską ziemię cudzoziemcom na potęgę – w ciągu pięciu lat o prawie 80% wzrosła całkowita powierzchnia gruntów rolnych i leśnych sprzedanych cudzoziemcom. Dla porównania  - w 2015 roku było to 412ha, w 2020 – 1560ha. „Polska ziemia musi być dla polskich rolników. Myśmy ziemię zabezpieczyli” mówił Jarosław Kaczyński. Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy prezesie, znanym miłośniku kotów, gdyż prawdopodobnie nikt tyle złego co on nie zrobił dla wizerunku polskiego rolnika – postrzeganego jako wroga zwierząt,  okrutnika, nazywanego wręcz barbarzyńcą zabijającym żywe stworzenia. O tym była tzw. „piątka dla zwierząt”, inaczej „piątka Kaczyńskiego”, czyli nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt, cios wymierzony w producentów rolnych. Protestując, rolnicy wyrazili swoje zdaniem względem tej ustawy, a ówczesny minister rolnictwa Jan Ardanowski, sprzeciw wobec proponowanych zmian przypłacił utratą stanowiska. I wtedy okazało się, że można jeszcze bardziej upokorzyć rolników - w miejsce Ardanowskiego ministrem rolnictwa ustanowiono osobę, która forsowała „piątkę”, ustawę szkodzącą rolnikom. Tak się nagradza za wierność partii. Ciekawi, kim jest minister rolnictwa, mogli niedawno zobaczyć go na mównicy sejmowej – pojawił się na niej po raz pierwszy od roku urzędowania, podczas debaty nad wnioskiem o jego odwołanie. Może wcześniej nie miał czasu, wszak ostatnio często można przeczytać, że minister zmaga się z wieloma bolączkami  – a to samochód służbowy jest za słaby – wieść niesie, że wolałby audi a jest wożony skodą, a to ministerialny urzędnik, ku niezadowoleniu ministra, zamawia dla niego zbyt mało ekskluzywne hotele albo zapomina załatwić mu odprawy VIP na lotnisku. Cóż przy takich problemach znaczy ptasia grypa czy ceny ziemniaka skrobiowego? Minister jest tak zajęty sobą, że większość rolników nie tylko go nie widziała, ale nie ma pojęcia, jak się nazywa.

Może więc nadzieja rolników w prezydencie? Na warszawskich dożynkach Andrzej Duda obiecał przecież, że będzie stał na straży polskiego rolnictwa. Ale jeśli tak będzie strzegł rolników jak strzeże Konstytucji, to biada nam wszystkim.

Jarosław Kalinowski

Poseł do Parlamentu Europejskiego