„Tercet egzotyczny” w Budapeszcie - felieton

20 kwietnia 2021

Tegoroczne prima aprilis obfitowało w wydarzenia, które mogłyby być uznane za żart, gdyby ich autorami nie były osoby sprawujące w naszym państwie poważne funkcje. Nie będę tu rozwodził się nad „żartem”, który polegał na nieoczekiwanym nocnym uruchomieniu antykowidowych szczepień dla czterdziestolatków, o czym zapomniano poinformować nawet ministra zdrowia i co w każdym poważnym państwie skończyłoby się dymisjami. W szczepionkowym rozgardiaszu mogło umknąć nam inne ważne, międzynarodowe wydarzenie, jakie miało miejsce 1 kwietnia. W prima aprilis doszło do ciekawego spotkania w gronie trzech poważnych polityków, a może i przyjaciół. Oto do Budapesztu, na zaproszenie premiera Węgier, Victora Orbana, zjechali: niepełniący aktualnie żadnych rządowych funkcji szef włoskiej Ligi Północnej, Matteo Salvini i premier Mateusz Morawiecki. Już sama obecność szefa polskiego rządu w tej egzotycznej grupie wydaje się nieśmiesznym żartem i to wcale nie dlatego, że do formatu spotkania bardziej pasowałby chociażby prezes partii Jarosław Kaczyński – wszak panowie spotkali się po to, by wspólnie szukać miejsca dla swoich partii na politycznej mapie Europy. Premier Morawiecki nie jest nawet wiceprezesem PiSu, a i premierem pozostanie tylko do momentu, w którym prezes zechce go zmienić, co Kaczyński z rozbrajającą szczerością wyznał w jednym z ostatnich wywiadów. Za ponury żart należałoby jednak uznać nie tyle udział samego Morawieckiego w tym dziwnym spotkaniu, ile w ogóle szukanie przez PiS sojuszy wśród najbardziej zadeklarowanych przyjaciół Władimira Putina, za jakich uważani są i Victor Orban, i Matteo Salvini. Budzi to zdziwienie, bo kto jak kto, ale PiS to partia, która oficjalnie Rosji bardzo nie lubi.

Tymczasem w przypadku jedynego sojusznika, jaki nam pozostał – mowa o Orbanie – relacje z Moskwą od wielu miesięcy pozostają bardzo serdeczne. Świadczą o tym nie tyle fotografie z licznych spotkań, na których uśmiechnięci Orban i Putin ściskają swoje dłonie, ile rosyjskie kredyty dla Węgier i wspólna polityka energetyczna. Z kolei zaproszony na spotkanie razem z Morawieckim Matteo Salvini także zasłynął fotografią z Władimirem Putinem – na najbardziej znanym zdjęciu, wykonanym na Placu Czerwonym Salvini uśmiecha się do obiektywu w koszulce z wizerunkiem rosyjskiego prezydenta. Propagandowa koszulka to i tak najbardziej niewinny z dowodów sympatii Włocha dla Putina – Salvini oficjalnie uznał za słuszną aneksję Krymu przez Rosję, nakładane na Federację Rosyjską sankcje nazywał absurdem, a to, co działo się na ukraińskim Majdanie, uważa za pseudorewolucję finansowaną przez obce siły. Finansowania własnej partii przez obce siły pewnie nie uważa za nic zdrożnego, choć włoska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie nielegalnego sponsorowania partii Salviniego przez Rosjan (o tym, że Rosja finansuje właściwie całą radykalną prawicę w Europie mówi się nie od dziś). W tym miejscu warto także wspomnieć, że spotkanie w Budapeszcie odbyło się w czasie, gdy Rosjanie znowu gromadzą wojsko na granicy z Ukrainą, co choćby z geopolitycznego punktu widzenia ma dla Włochów dużo mniejsze znaczenie niż np. z punktu widzenia Polski.

Oficjalny powód spotkania w Budapeszcie utonął w potoku pięknych, górnolotnych słów o renesansie Europy, odrodzeniu europejskiej idei i przyszłości Europejczyków. Dla interesujących się meandrami europejskiej polityki nie jest jednak tajemnicą, że formacje reprezentowane przez uczestników spotkania szukają swojego miejsca w Europie, a przy okazji podejmują próby zmieniania Unii Europejskiej na swoją nacjonalistyczną modłę. Fidesz, na czele którego stoi gospodarz rzeczonego spotkania, po dwudziestu latach współpracy, na początku marca opuścił naszą grupę polityczną w Parlamencie Europejskim – Europejską Partię Ludową, choć słowo „opuścił” w tym przypadku oznacza wyłącznie ruch wyprzedzający – gdyby Orban nie wyszedł z EPL, zostałby z partii wyrzucony, co umożliwiła ostatnia zmiana w partyjnym regulaminie. Do tej pory Fidesz trzymał się EPL-u kurczowo, choć od wielu miesięcy pozostawał zawieszony w prawach członka z powodu łamania praworządności na Węgrzech.

W związku z rozwodem na linii Fidesz-EPL naturalnym jest, że samotny Orban szuka nowego miejsca w Parlamencie Europejskim i możliwości teoretycznie ma kilka. Mógłby, na przykład, przyłączyć swoich posłów do jednej z istniejących grup politycznych w Parlamencie, np. do marginalnej grupy EKR, czyli Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, w której prym wiodą jego przyjaciele z PiS. Trzonem tej grupy do niedawna byli co prawda eurosceptyczni Brytyjczycy, ale swój cel już osiągnęli i wyszli z UE, przez co posłowie z PiSu stali się najliczniejszą grupą narodową w EKR. Nie wygląda jednak na to, by Orban chciał wzbogacić swoimi posłami szóstą pod względem wielkości (na siedem działających) grupę polityczną (i nawet tutaj, w tej liczącej 62 posłów grupie Orban nie byłby siłą wiodącą, bo dysponuje jedynie dwunastoma posłami). Teoretycznie silniejsza jest grupa „Tożsamość i Demokracja”, w której jest partia Salviniego. Tutaj Orban byłby w bardzo doborowym i egzotycznym towarzystwie: oprócz włoskich faszystów są tu francuscy nacjonaliści z partii Marine le Pen, czy niemieccy nacjonaliści z Alternatywy dla Niemiec, którzy wypłynęli na fali niechęci do imigrantów, a do tego są przekonani, że „najwyższy czas, by wielkie Niemcy wstały z kolan” i powtarzają, że trzeba przywrócić Niemcom „należne miejsce w Europie”.

 I choć wszystkie powyższe ugrupowania wiele łączy, a najbardziej niechęć do Unii Europejskiej, mało prawdopodobnym jest, by udało się Orbanowi połączyć swoich politycznych przyjaciół, w tym PiS i Ligę Północną Salviniego, w nowym bycie politycznym, co byłoby trzecim możliwym rozwiązaniem. Jest to mało prawdopodobne nie tylko dlatego, że w konglomeracie nacjonalistów liderem chce być każdy i każdemu się wydaje, że jest najważniejszy. Dochodzą do tego także wewnętrzne animozje - Salvini, dla przykładu, nie dołączy do EKR, bo w grupie tej oprócz PiSu znajdują się politycy innej włoskiej partii, z którą Salvini konkuruje.

Spotkania takie jak to w Budapeszcie ewidentnie są próbą doprowadzenia do porozumienia sił dążących do rozbicia Unii Europejskiej, a niczym niewidzialny patron towarzyszy im postać Władimira Putina, który trzyma kciuki za powodzenie wszelkich antyunijnych projektów. Niebezpiecznym jest udział w tych przedsięwzięciach partii, która rządzi w Polsce. Celowo bądź nieświadomie – PiS wpisuje się w scenariusze pisane na Kremlu, a twarde stanowisko partii Jarosława Kaczyńskiego wobec Moskwy okazuje się być coraz bardziej na pokaz. Nikt tak jak Putin nie cieszy się z demolowania przez PiS polskiej polityki zagranicznej, odrywania nas od zachodnich sojuszników i przyklaskiwania każdej idei, która ma służyć rozbijaniu jedności Unii. Co więcej, Rosja okazuje się być nie tylko największym beneficjentem nieudolnej polityki zagranicznej PiSu, ale jawi się także jako wielka inspiracja w polityce wewnętrznej. Bo czy pisowskie upodobanie do scentralizowanej władzy silnej służbami, zduszanie wolności mediów, upolitycznianie i ośmieszanie wymiaru sprawiedliwości, ciągłe przekonywanie o przywiązaniu do wartości konserwatywnych (wyjątkowo często podszyte obłudą bajdurzenie o zagrożeniach dla rodziny), zaplanowane nagonki na wybrane mniejszości i tworzenie patologicznego, oligarchicznego systemu, którego polskim symbolem staje się Daniel Obajtek, nie jest powtarzaniem praktyk, które w Rosji do perfekcji doprowadziły autorytarne rządy Władimira Putina?

Jarosław Kalinowski