Wysokie napięcie - felieton

21 lutego 2022

Najwyższa od dwudziestu lat inflacja, największy wzrost cen na tle całej Unii Europejskiej, a zwłaszcza galopujące ceny prądu i gazu drenują portfele Polaków. Oczywiście winy za ten stan rzeczy nie ponosi nieodpowiedzialna pisowska władza trwająca już siódmy rok, tylko opozycja i Unia Europejska.

„Opłata klimatyczna UE to aż 60% kosztów produkcji energii. Polityka klimatyczna UE = droga energia, wysokie ceny” – banery takiej treści zawisły w całej Polsce, a tożsame kłamstwa pojawiły się także na rachunkach za prąd. Po pierwsze: nie „opłata klimatyczna”, a unijny system handlu uprawnieniami do emisji CO2 (czyli ETS), który nie jest ani innowacyjny – na całym świecie funkcjonuje ponad 20 podobnych, ani nowy – unijny funkcjonuje od 2005 roku. Więcej o ETS za chwilę. Po drugie: nie 60%, a ok. 20% rachunku za prąd i kwota ta nie płynie do Brukseli, a zasila polski budżet (!). Tylko w ubiegłym roku z tytułu handlu emisjami Skarb Państwa wzbogacił się o 25 mld zł. Po raz kolejny zohydzając Unię i krzycząc „łapaj złodzieja”, rządzący wydają się liczyć na to, że naród się nabierze i nikt nie zauważy, że to nie ta straszna Unia, tylko pisowska władza zarabia na drenowaniu portfeli Polaków.

Handel prawami do emisji dwutlenku węgla (ETS) powstał po to, by ograniczać niekorzystne zmiany klimatyczne. Fakt, że należy dążyć do redukcji emisji CO2, właściwie na całym świecie od dawna znajduje się poza dyskusją. System ETS, czyli opłaty za każdą tonę wyprodukowanego dwutlenku węgla, które ponoszą m.in. spółki energetyczne, ma skłaniać największych trucicieli środowiska do ograniczania emisji CO2 i stopniowego ograniczania zużycia węgla na rzecz OZE i innych technologii neutralnych dla klimatu. Jest to więc opłata za zanieczyszczanie atmosfery, która ma wymuszać transformację energetyczną.

Uprawnienia do emisji CO2 kupuje się na rynku z dostępnej, znanej wszystkim puli. Ta pula z roku na rok maleje, zgodnie z zakładanym celem redukcji CO2, co jednak podnosi ceny certyfikatów (uprawnień). Certyfikaty sprzedają państwa członkowskie UE, a cały dochód zasila ich budżety. Problem w tym, że te pieniądze powinny być wydatkowane na modernizowanie systemu i inwestycje w niskoemisyjne źródła energii, które mogłyby zbijać ceny prądu. Im mniej węgla, tym taniej. Tymczasem w przypadku Polski nie bardzo wiadomo, gdzie się podziewają te miliardy i co z nimi robi rząd. Jego przedstawiciele niechętnie w ogóle przyznają, że z systemu ETS budżet czerpie ogromne zyski, zamiast tego kłamią, że to „unijny podatek”. Co więcej, Polska jest największym beneficjentem wchodzących w skład EU-ETS - zarówno tzw. Funduszu Modernizacji, jak i Mechanizmu Solidarnościowego dla krajów wymagających wsparcia z powodu uzależnienia od surowców takich jak węgiel. Gdyby pozyskiwane z handlu emisjami środki wydać na cele, na jakie powinny być przeznaczone, polska energetyka byłaby dziś w zupełnie innym miejscu. Pozyskane z handlu emisjami pieniądze można było przeznaczyć na palące potrzeby, takie jak choćby modernizacja przestarzałej sieci przesyłowej.

Należy sobie uświadomić, że to nie system ETS jest przyczyną drożejącej energii, ale uzależnienie Polski od produkcji energii z węgla. Według danych ministerialnych aby wyprodukować 1kW energii elektrycznej w Polsce, trzeba wyemitować trzy razy więcej CO2 niż wynosi średnia europejska. Jednak zamiast podejmować działania, które nie tylko zmniejszyłyby wydatki na prąd, ale też pozytywnie wpływały na zdrowie Polaków – smog zabija, a co rok polskie miasta znajdują się w niechlubnych czołówkach najbardziej zanieczyszczonych miast świata, rząd jest największym hamulcowym europejskiej polityki klimatycznej. Coraz bardziej zostajemy w tyle za naszymi sąsiadami i partnerami, polska gospodarka traci na konkurencyjności i trafia w spiralę wielkich kosztów.

Mimo że sam premier Morawiecki zgodził się niedawno na forum unijnym na zaostrzenie odchodzenia od energetyki węglowej, wiara PiSu i akolitów w „czarne złoto” (płynące szerokim strumieniem z Rosji) wydaje się być niezachwiana. Świadczy o tym nie tylko katastrofalna inwestycja w elektrownię węglową w Ostrołęce, choć głos ekspertów był głośny, spójny i wyraźny – ta budowa od początku nie miała sensu. Ale była to sztandarowa inwestycja pisowskiego rządu. Andrzej Duda, Beata Szydło, a nawet sam Jarosław Kaczyński przyjeżdżali do Ostrołęki i obiecywali złote góry. Minęło kilka lat i okazało się, że elektrownia węglowa jednak nie powstanie, rok temu na budowę wjechały buldożery. Dziś żadna z wymienionych osób nie poczuwa się do odpowiedzialności za marnotrawstwo ponad 1,5 miliarda złotych publicznych pieniędzy wydanych na realizację tego fatalnego pomysłu. Ręce umywają także ostrołęccy politrucy oddelegowani do zarządzania inwestycją po przegranych przez PiS wyborach samorządowych. Chyba nikogo nie zdziwi, że większość nie miała żadnego doświadczenia w energetyce, by wspomnieć tylko byłego, a zarazem niedoszłego prezydenta Ostrołęki, z wykształcenia katechetę, który zasiadał w zarządzie. O skali nieprawidłowości, do jakich doprowadzili niekompetentni ludzie, zapewne więcej powie raport NIK, który powstanie po przeprowadzonym w elektrowni audycie.

Nie lepiej wyglądają inwestycje w odnawialne źródła energii, na które rządzący wydają się być wręcz uczuleni. Siedem lat ich rządów jest największym dowodem na to, że nie tylko nie są w stanie pochylić się poważnie nad problemem, ale zdążyli zniweczyć wszystko, co udało się wcześniej osiągnąć w kwestii OZE. W czasach współrządzenia z Platformą skutecznie forsowaliśmy ustawy umożliwiające rozwój mikroinstalacji fotowoltaicznych i energetyki wiatrowej. PiS całkowicie zablokował budowę elektrowni wiatrowych na lądzie, a ostatnio odebrali gwarancje i zyski właścicielom instalacji fotowoltaicznych, przekazując je molochom energetycznym. Na anachronicznym myśleniu rządzących tracimy wszyscy.

Dziś to odległa przeszłość, ale warto przypomnieć, że jako PSL byliśmy jednymi z pierwszych, którzy forsowali zielone rozwiązania dla gospodarki. Jednak dwadzieścia lat temu nasze innowacyjne pomysły dotyczące choćby rozwoju biopaliw spotykały się w najlepszym razie z lekceważeniem. Tygodnik „Wprost” poświęcił nawet temu tematowi pamiętną dla mnie okładkę, na której oprócz mojej podobizny z bujną czupryną rzepaku na głowie, widniało ostrzeżenie, że „biobubel” ludowców zniszczy powietrze i budżet państwa. To, co wówczas nie mieściło się w głowach naszych przeciwników, dzisiaj (głównie dzięki Unii Europejskiej) przynosi wymierne korzyści i dla klimatu, i dla budżetu - przemysł spożywczy zużywa około 1/3 rocznej produkcji rzepaku, reszta wykorzystywana jest właśnie na biopaliwa. Potencjał energetyczny rolnictwa zaczyna być coraz lepiej wykorzystywany, to bardzo przyszłościowy i szeroki temat.

W chwili obecnej transformacja energetyczna Polski stoi, a rząd biernie się temu przygląda i choć wie, że energia z węgla będzie coraz droższa, rozpaczliwie w nią inwestuje, wpychając nas w ręce rosyjskich eksporterów. Aktem rozpaczy wydaje się być także autorska propozycja Zbigniewa Ziobry, którego stosunek do Unii jest powszechnie znany, a według którego Polska powinna w ogóle „wyłączyć się” z unijnego systemu handlu emisjami. Dziwnym trafem jest to kolejny pomysł ministra sprawiedliwości, który da się zrealizować tylko poprzez polexit. Tematem ma się zająć Trybunał Julii Przyłębskiej (dawniej Konstytucyjny), w którym dziś zasiadają politycy PiSu, na czele z Krystyną Pawłowicz, a za chwilę także z prokuratorem Święczkowskim, który odpowiada za całkowite upolitycznienie prokuratury.

Jarosław Kalinowski

luty 2022